Leśne wędrówki, czyli powrót do Lipowca.
Co roku w lutym pierwszy rok studium szkoły fotografii wraz z dyrektorem i kilkoma wykładowcami jedzie na kilkudniowy plener na Roztocze. Za moich czasów był to Lipowiec- miejscowość położona niedaleko Zwierzyńca, w przepięknej, dzikiej okolicy. Potem przez trzy lata plener odbywał się w Suścu, ale w tym roku znów wrócił do Lipowca. Na każdym z tych wyjazdów pojawiałam się chociaż na chwilę, począwszy od pierwszego, na którym ciężko pracowałam ze swoją grupą, gdy byłam na pierwszym roku, a skończywszy na tym sobotnim, na którym pojawiłam się po raz pierwszy jako wykładowca szkoły :)
Ale zaczęło się niewesoło, bo podczas przyjęcia urodzinowego z rodzinką kilka dni przed sobotą okazało się, że tata przez weekend będzie niedostępny, a tym samym nie mam jak dotrzeć na plener. Musicie wiedzieć, że Lipowiec położony jest tak, że można tam dotrzeć jedynie samochodem, żaden PKS tam nie dojeżdża. Intensywnie uczę się, by nareszcie zdać to nieszczęsne prawko, ale ponieważ w sporym stopniu pochłania mnie ukochana praca, czasu na naukę nie mam zbyt wiele ;) Co nie znaczy, że nie staram się go wygospodarować. Zaczęłam główkować, co robić i ostatecznie poprosiłam koleżankę, by pojechała ze mną. Zgodziła się i w sobotę kilka minut po dziewiątej, siedziałyśmy już w jej autku, jadąc w kierunku Roztocza.
Lipowiec to wieś, położona w gminie Tereszpol. Pierwsze wzmianki o jej istnieniu pojawiły się w 1534 roku. Wieś należała wówczas do rodziny Latyczyńskich. W 1603 roku nabył ją Jan Zamoyski i włączył do ordynacji zamojskiej. W 1900 roku wybudowano w Lipowcu szkołę podstawową. W 1941 roku wysiedlono ludność do prac przymusowych w hitlerowskich Niemczech. W 2000 roku wieś liczyła już 186 domostw.
Tyle historii w pigułce. Ale tak naprawdę, gdy już przyjedzie się na miejsce, do eleganckiego dworku, położonego na skraju lasu, człowiek przestaje myśleć o wszystkim, co go przytłacza. To bardzo malownicze miejsce i naprawdę cieszę się, że w tym roku dyrektor postanowił tam wrócić z, jak to mówię, pierwszakami :) Od razu włączył mi się tryb wspomnień.
Pamiętam, jak dziś ten wyjazd. Zrywanie się o piątej rano, bo o siódmej zbiórka w szkole, trzeba było zabrać lampy i inny sprzęt, potrzebny do zdjęć. Potem droga z wesołą ekipą w aucie, w tym z moją przyjaciółką, z którą już wtedy zaczynała się tworzyć świetna więź. Przyjazd na miejsce, obiad. Ciężka praca, od rana do nocy, bo do opracowania prawie dwadzieścia tematów fotograficznych. Chwile zwątpienia. Euforia, kiedy udało się zrobić to, co człowiek zaplanował. Trochę alkoholu i papieros na otarcie łez, kiedy już nie dawałam rady. I powrót, dzień wcześniej, niż wszyscy, wieczorem, kiedy tata zakopał się w lesie po same błotniki i ekipa z dyrektorem na czele, która wraz ze mną pojechała go szukać, po czym sprawnie wyciągnęła z opałów. Wspomnienia, wspomnienia...
Po powitaniu z dyrektorem i szybkim drugim śniadaniu udało nam się z koleżanką wygospodarować godzinkę czasu, by zwiedzić z aparatem okoliczny las. Wiedziałam, że tam jest pięknie, ale ona była w tym miejscu po raz pierwszy i bardzo chciała zobaczyć okolicę. Odkryłyśmy przepiękną polanę, ukrytą w gęstwinie i czaszkę sarny, malowniczo oświetloną cudownymi promieniami słońca. Czułam, jak oddycham pełną piersią. Żałowałam jedynie, że Małżon zapracowany i nie mógł wybrać się z nami, ale wszystko do nadrobienia ;)
Po spacerze, jako wykładowca, siadłam z ludźmi z pierwszego roku i pomagałam, jak mogłam, by nakierować ich na dobry tor myślenia fotograficznego. Przyznaję, w tym roku tematy naprawdę nie były łatwe, dyrektor się postarał. Kilka osób prosiło o radę, kilku sama podpowiedziałam, co poprawić, a co zostawić bez zmian. Atmosfera była świetna i przyznaję, coraz częściej łapię się na tym, że początkowy stres, związany z wykładaniem, znika i zostaje w tyle. Może to sprawiła magia tego miejsca, a może niezwykle pozytywne podejście ludzi wokół do wspólnej pasji, która nas łączy, ale czułam się fantastycznie i ani razu nie pomyślałam o stresie. Może powoli się wyrabiam ;)
Nade wszystko jednak wspaniale było spotkać przyjaciół. Na plenerze pojawiło się bowiem kilka bliskich mi osób, również związanych z naszą szkołą. Dzięki temu mogliśmy spokojnie pogadać, wypić kawę. Bardzo doceniam takie chwile. No i ta fantastyczna pogoda, wręcz niemożliwa w lutym- słońce, ciepełko i błękitne niebo! Kosmos po prostu!
Najtrudniej, jak zwykle, było odjechać. Musiałyśmy wracać, ale na odchodne dostałyśmy pyszny obiad, mnóstwo uśmiechów i uścisków. No i przywiozłam kilka naprawdę niezłych kadrów, z czego jestem bardzo zadowolona :) Aż żałuję, że to był tak krótki wypad, ale najważniejsze, że bardzo, bardzo udany.
Kocham moją pracę!
Witajcie w poniedziałek!
Ale zaczęło się niewesoło, bo podczas przyjęcia urodzinowego z rodzinką kilka dni przed sobotą okazało się, że tata przez weekend będzie niedostępny, a tym samym nie mam jak dotrzeć na plener. Musicie wiedzieć, że Lipowiec położony jest tak, że można tam dotrzeć jedynie samochodem, żaden PKS tam nie dojeżdża. Intensywnie uczę się, by nareszcie zdać to nieszczęsne prawko, ale ponieważ w sporym stopniu pochłania mnie ukochana praca, czasu na naukę nie mam zbyt wiele ;) Co nie znaczy, że nie staram się go wygospodarować. Zaczęłam główkować, co robić i ostatecznie poprosiłam koleżankę, by pojechała ze mną. Zgodziła się i w sobotę kilka minut po dziewiątej, siedziałyśmy już w jej autku, jadąc w kierunku Roztocza.
Lipowiec to wieś, położona w gminie Tereszpol. Pierwsze wzmianki o jej istnieniu pojawiły się w 1534 roku. Wieś należała wówczas do rodziny Latyczyńskich. W 1603 roku nabył ją Jan Zamoyski i włączył do ordynacji zamojskiej. W 1900 roku wybudowano w Lipowcu szkołę podstawową. W 1941 roku wysiedlono ludność do prac przymusowych w hitlerowskich Niemczech. W 2000 roku wieś liczyła już 186 domostw.
Tyle historii w pigułce. Ale tak naprawdę, gdy już przyjedzie się na miejsce, do eleganckiego dworku, położonego na skraju lasu, człowiek przestaje myśleć o wszystkim, co go przytłacza. To bardzo malownicze miejsce i naprawdę cieszę się, że w tym roku dyrektor postanowił tam wrócić z, jak to mówię, pierwszakami :) Od razu włączył mi się tryb wspomnień.
Pamiętam, jak dziś ten wyjazd. Zrywanie się o piątej rano, bo o siódmej zbiórka w szkole, trzeba było zabrać lampy i inny sprzęt, potrzebny do zdjęć. Potem droga z wesołą ekipą w aucie, w tym z moją przyjaciółką, z którą już wtedy zaczynała się tworzyć świetna więź. Przyjazd na miejsce, obiad. Ciężka praca, od rana do nocy, bo do opracowania prawie dwadzieścia tematów fotograficznych. Chwile zwątpienia. Euforia, kiedy udało się zrobić to, co człowiek zaplanował. Trochę alkoholu i papieros na otarcie łez, kiedy już nie dawałam rady. I powrót, dzień wcześniej, niż wszyscy, wieczorem, kiedy tata zakopał się w lesie po same błotniki i ekipa z dyrektorem na czele, która wraz ze mną pojechała go szukać, po czym sprawnie wyciągnęła z opałów. Wspomnienia, wspomnienia...
Po powitaniu z dyrektorem i szybkim drugim śniadaniu udało nam się z koleżanką wygospodarować godzinkę czasu, by zwiedzić z aparatem okoliczny las. Wiedziałam, że tam jest pięknie, ale ona była w tym miejscu po raz pierwszy i bardzo chciała zobaczyć okolicę. Odkryłyśmy przepiękną polanę, ukrytą w gęstwinie i czaszkę sarny, malowniczo oświetloną cudownymi promieniami słońca. Czułam, jak oddycham pełną piersią. Żałowałam jedynie, że Małżon zapracowany i nie mógł wybrać się z nami, ale wszystko do nadrobienia ;)
Po spacerze, jako wykładowca, siadłam z ludźmi z pierwszego roku i pomagałam, jak mogłam, by nakierować ich na dobry tor myślenia fotograficznego. Przyznaję, w tym roku tematy naprawdę nie były łatwe, dyrektor się postarał. Kilka osób prosiło o radę, kilku sama podpowiedziałam, co poprawić, a co zostawić bez zmian. Atmosfera była świetna i przyznaję, coraz częściej łapię się na tym, że początkowy stres, związany z wykładaniem, znika i zostaje w tyle. Może to sprawiła magia tego miejsca, a może niezwykle pozytywne podejście ludzi wokół do wspólnej pasji, która nas łączy, ale czułam się fantastycznie i ani razu nie pomyślałam o stresie. Może powoli się wyrabiam ;)
Nade wszystko jednak wspaniale było spotkać przyjaciół. Na plenerze pojawiło się bowiem kilka bliskich mi osób, również związanych z naszą szkołą. Dzięki temu mogliśmy spokojnie pogadać, wypić kawę. Bardzo doceniam takie chwile. No i ta fantastyczna pogoda, wręcz niemożliwa w lutym- słońce, ciepełko i błękitne niebo! Kosmos po prostu!
Najtrudniej, jak zwykle, było odjechać. Musiałyśmy wracać, ale na odchodne dostałyśmy pyszny obiad, mnóstwo uśmiechów i uścisków. No i przywiozłam kilka naprawdę niezłych kadrów, z czego jestem bardzo zadowolona :) Aż żałuję, że to był tak krótki wypad, ale najważniejsze, że bardzo, bardzo udany.
Kocham moją pracę!
Witajcie w poniedziałek!












piękne miejsce, nie znałam go, ciężko uwierzyć, że na zdjęciu zima! Pogoda nam wariuje.
OdpowiedzUsuńokularnicawkapciach.wordpress.com
Oj, ociepla się klimat! I to widać. Kiedyś w lutym naprawdę czuło się zimę, teraz wiosna pełną parą :)
Usuń